Dobrze znam wstyd i poczucie winy.
Nosiłam je w sobie przez większość życia, choć zaprzeczałam. Aż przyszedł moment wzywający mnie, żebym przyznała się przed sobą do tego,
że były i że są nadal. Wraz z nim przyszło uświadomienie, jak mocno wpływały na mnie i na jakość mojego życia.
Mogłam nareszcie zobaczyć je w sobie i uznać. Objąć w nich siebie, i uwolnić.
Być może rozpoznasz tu siebie również, a może wstyd i poczucie winy u Ciebie akurat kryją się w innych obszarach życia. Gdzie by się nie skrywały, czego nie dotyczyły, też czekają aż je uwolnisz. Aż uwolnisz siebie.
Wielokrotnie w tym życiu doświadczyłam molestowania ze strony mężczyzn.
Gdy byłam dziewczynką dorastającą, był to wujek, bynajmniej wcale nie przyszywany… W dorosłości już, dwaj inni wujkowie, przypadkowy przechodzień, mój własny lekarz, a nawet jubiler w sklepie.
I niby nic, w końcu żaden z nich mnie nie zgwałcił, nic takiego się nie stało – uszłam cało. Tak tłumaczyłam sobie, próbując jakoś poradzić sobie
z tymi doświadczeniami, będąc już dorosłą… ale nadal dziewczynką.
Raz jeden jako dziecko zwierzyłam się komuś dorosłemu.
Powiedziałam mojej babci, osobie której ufałam najbardziej. Jej rada – „staraj się unikać wujka”, zaszokowała mnie – nie otrzymałam spodziewanego wsparcia i zamknęłam się w sobie.
Prysło totalnie moje poczucie bezpieczeństwa, bo kto jak kto, ale Ona powinna była mnie wesprzeć. Skoro tego nie zrobiła, uznałam że…
„coś musi być ze mną nie tak, pewnie uważa, że sama jestem sobie winna, że robię coś, co prowokuje wujka”. W ten sposób dziecięcy umysł próbował zrozumieć sytuację i jakoś to wszystko poukładać.
Zaczęłam unikać rodzinnych spotkań, a gdy już musiałam w nich uczestniczyć, zakładałam niewidzialny pancerz, izolując się od wszystkich dorosłych, tak profilaktycznie. A w myślach zaklinałam rzeczywistość, żeby tylko wujek zostawił mnie w spokoju.
Rzadko działało, więc uczyłam się być niewidoczna i przemykać chyłkiem przez ciemny przedpokój. Tylko pod stołem te jego długie i natarczywe nogi trudno było ignorować…
Co ciekawe, na innych moje zaklęcie działało, jakoś mniej dorośli zwracali na mnie uwagę. W ogóle rzadziej ktokolwiek mnie zauważał i zaczepiał, więc czułam się coraz bezpieczniej w tym środowisku kontrolowanym. Sama o sobie mówiłam, że noszę czapkę-niewidkę, i dumna byłam ze swojej niewidzialności.
I tak fałszywe poczucie bezpieczeństwa rosło ze mną razem.
Na jak kruchych podstawach wyrosło okazało się, gdy po latach, w salonie jubilerskim w Turcji, niemal pod nosem mojego męża – ale na osobności – sprzedawca podszedł do mnie od tyłu i zaczął ocierać się o mnie w stanie wzwodu. Sparaliżowało mnie na chwilę, tylko serce
tłukło się jak oszalałe, zanim gwałtownie odsunęłam się, udając jakby nic się właściwie nie wydarzyło.
Dokładnie tak! Było mi głupio, że do czegoś takiego doszło. Że jakimś sposobem wykreowałam takie zdarzenie, że do tego doprowadziłam! Czułam obrzydzenie, a zarazem analizowałam każdą sekundę tamtego wydarzenia, sprawdzając, czy w jakikolwiek sposób nie zachęciłam tego człowieka.
Gdy na drugi dzień opowiedziałam mężowi, co się stało, roześmiał się i powiedział, żebym przyjrzała się swoim intencjom. No cóż, miał rację, aczkolwiek jego reakcja nie sprawiła, że wtedy poczułam się dobrze i bezpiecznie.
Uznałam, że to wszystko moja wina.
Że podświadomie wołam o uwagę i chcę przy tym poczuć się atrakcyjna – bo sama siebie za taką nie uważam.
Pomyślałam, że to wystarczy, że skoro widzę wzorzec i uznaję swoją odpowiedzialność, to temat zamknięty.
A jednak otworzył go kolejny epizod, kilka lat później.
W trakcie zabiegu usuwania znamienia starszy lekarz, sympatyczny, z którym zawsze fajnie się rozmawiało, nagle przycisnął mnie do siebie
i zaczął ugniatać mój biust, mamrocząc coś pod nosem. Zamarłam. Znowu mnie sparaliżowało. A spanikowany mózg nie wiedział, jaką reakcję
mi podpowiedzieć. Nie byłam w stanie wykonać żadnego ruchu. Żadnego.
Gdy lekarz odsunął się, ledwo zarejestrowałam jego tłumaczenie, że przeprasza… ale nie mógł się oprzeć, i że przecież powiedziałam, że jestem naturalistką, więc…
Przez kilka dni nie mogłam się otrząsnąć, czując się zbrukana i jakaś taka obca sobie.
Obwiniałam siebie, że nic nie zrobiłam. Że stałam, jak mumia, nieruchoma i odłączona od siebie. Biczowałam siebie za bezradność, i za to,
że to się w ogóle wydarzyło.
W głowie tłukło mi się w kółko rozpaczliwe – Dlaczego?!
Starałam się zrozumieć, znaleźć wytłumaczenie… Znowu, zamiast pozwolić sobie przeżywać emocje, przyglądałam się swoim intencjom, energii jaką w momencie zdarzenia emanowałam.
Po wyżaleniu się przyjaciółce, wysłuchaniu jej licznych epitetów pod adresem lekarza, rozważeniu, czy robić z tego aferę, czy nie…
Uznałam, że świadomość moich wzorców wystarczy, że nie muszę podejmować działań – nawet w myślach przepraszałam lekarza, że nieświadomie sprowokowałam go na poziomie energetycznym!
Przeszłam nad tym do porządku dziennego – a przynajmniej próbowałam.
Jednak wstyd, poczucie winy i żal wobec siebie, że zbagatelizowałam sprawę, że nie stanęłam w swojej obronie, one mnie zjadały.
Międliły się we mnie przez lata, i przekładały na różne zachowania w relacjach damsko-męskich.
Wpłynęły też na to, jakich mężczyzn przyciągałam.
Bo każdy zainteresowany mną mężczyzna był z góry skreślany. Zainteresowanie mną = zagrożenie.
Wybierałam partnerów niedostępnych emocjonalnie, nieokazujących uczuć i emocji, bo tylko tak mój mechanizm obronny nie miał szansy
się aktywować. Tak się jednak okazywało, że byli oni głównie nastawieni na niezobowiązującą relację seksualną. A poprzez wcześniejsze doświadczenia uwierzyłam, że tylko tu mieści się moja atrakcyjność. Taka to sytuacja…
Jako dusze przychodzące na ten świat, umawiamy się wzajemnie na odgrywanie konkretnych ról. Dla rozwoju Duszy, dla jej wzrostu.
Ostatecznie chodzi o to, by wrócić do świadomości miłości – rozpoznać, że jesteśmy jej odbiciem i żyć z miejsca miłości.
Na poziomie czysto ludzkim, tu, na planecie Ziemia objawem miłości do siebie jest właśnie STAWANIE ZA SOBĄ i BYCIE PRZY SOBIE, w każdych okolicznościach.
To jasne stawianie granic i ich obrona. A dla najeźdźcy, konsekwencje za ich naruszenie.
I nie, nie zemstę mam na myśli, ani odwet, czy wyżycie się na kimś, żeby sobie ulżyć w złości, czy poczuciu zranienia.
Chodzi tu o działanie zgodnie z tym, co czujemy głęboko w sobie – nie w afekcie, ale już poza chwilową mgłą emocjonalnej zawieruchy. To nawet zrobienie tzw. afery, jeśli jest to uzasadnione, jeśli czujemy się nadużywani.
Widząc i rozumiejąc przy tym aspekt duchowy, energetyczny, i czynnik czysto ludzki.
Bycie przy sobie to przede wszystkim świadomość i uznanie, że coś mi się przydarza, że jest obecne, doświadczane przeze mnie.
Lub, że było w przeszłości.
To pozwolenie sobie na bycie obecną w emocjach, i przeżycie ich w pełni, by nie pozostawiły traumy.
Zamiast zaprzeczać, lekceważyć i umniejszać przez porównywanie siebie z innymi; zamiast wypierać fakty, racjonalizować i przytaczać logicznie brzmiące argumenty. I już na pewno zamiast obwiniać siebie wtedy, gdy potrzebujemy siebie objąć w trudnym doświadczeniu i trudnych emocjach.
Nie zmierzyłam się z moimi emocjami jako dziecko. Nie wiedziałabym nawet, jak to zrobić, a nie poszukałam wsparcia. Więc..
Mój wstyd i poczucie winy sprawiły, że ukryłam swoją kobiecość.
Wstydząc się ciała, jego cech kobiecych, chowałam się w szerokich i za dużych ubraniach. Wierząc, że wtedy nikt mnie nie zaczepi, bo po co… Unikałam wszystkiego, co podkreślało kształty, co mogło świadczyć o mojej atrakcyjności. Nosiłam spodnie, preferując styl luźny, a nawet męski, bo tylko tak czułam się bezpiecznie. Nie przyciągając uwagi, niknąc jak tylko się dało.
A wstyd mieszka w ukryciu. Razem z poczuciem winy.
To tam, w cieniu, przez wyparcie karmiony niezauważenie wzrasta. Podobnie jak żal, że nie było się swoim własnym strażnikiem. I tak samo,
jak poczucie winy – choćby nijak nieuzasadnione.
Dopiero wydobycie ich na światło dzienne, skonfrontowanie się z nimi, i powiedzenie o nich, odziera je z mocy w jaką urosły.
Dopiero z tego miejsca możemy zneutralizować truciznę, która w nas krąży niezauważenie i zatruwa różne obszary życia. Czyli… wybaczyć „katowi” i sobie jako jego „ofierze”. Pamiętając, że na przestrzeni życia, wielokrotnie zamieniamy się tymi rolami…
Tak odzyskujemy siebie
I tym samym, wracamy do miłości.
Zostaw Komentarz